1

people can change but they don’t want to

znasz to uczucie, kiedy siedzisz na kanapie z laptopem na kolanach, w dłoni niezbyt dumnie dzierżysz małą łyżeczkę i powoli opróżniasz nią słoik nutelli, w przerwie przeglądając fitspiracje na pintereście? nie? to zazdroszczę, bo ja robiłam to dosłownie 15 minut temu… słoik nutelli jeszcze nie został pokonany, więc wiem, że do niego wrócę – prawdopodobnie dziś dokona swego żywota! natomiast nie to miało być tematem tego wpisu… chodzi mi o to, jak mentalnie skrzywionym trzeba być, żeby wpychając w siebie puste kalorie, katować się zdjęciami fit lasek i płakać, że nie wyglądam tak jak one? nie zrozum mnie źle, nie mówię o Tobie – dwa zdania temu przyznałam, że mówię o sobie. ale tak właściwie może mówię też o Tobie? może jesteś w tej samej sytuacji co ja? tylko co teraz?

miejsce w którym się znalazłyśmy jest dość ciemne i nie ma w nim żadnych, ale to żadnych mebli. jest tylko słoik nutelli i lekka nienawiść do samej siebie. niezbyt zdrowe, prawda? możesz tu zostać, nikt Ci nie broni. może i średnio komfortowa miejscówka, ale przynajmniej dobrze nam znana, a wiadomo, że wszyscy kochają zmiany, dopóki nie muszą sami nic zmieniać. ale ja już nie chcę tkwić w tym małym pokoiku. już mi wystarczy tych wahań nastrojów i zaczynania nowego życia co poniedziałek.

no ale jak stąd wyjść?

to proste. tam są drzwi.

wiem, wiem, fajnie się mówi “zrób coś”, “rusz dupsko” albo “weź się za siebie”. właśnie to usłyszysz, kiedy próbujesz opowiedzieć swojej przyjaciółce o tym, jak się czujesz. i jedyne, co masz ochotę jej odpowiedzieć, to takie solidne “spierdalaj”. i bardzo dobrze! nie ma czegoś takiego jak “weź się za siebie”, nie budzisz się pewnego dnia i nie mówisz “od dziś jestem ogarniętym człowiekiem”. nie. to jest mega żmudna sprawa i zazwyczaj nawet nie czujesz, że robisz jakikolwiek postęp. niestety nie we wszystkim można polegać na innych, mimo że bardzo chciałabym usłyszeć “okej, to co? może zaczniemy razem chodzić na basen?”. bo nie ma nic lepszego niż wzajemna motywacja.

jakiś czas temu zapisałam się na basen. nie chodzę zbyt regularnie, więc to jest mój pierwszy wniosek na najbliższych kilka dni: codziennie przed pracą 20 basenów. nie więcej, bo wiadomo, czas ograniczony, ale chociaż te 500 metrów. pięć dni z rzędu. już to robiłam, więc wiem, że nie jest to jakiś bardzo wygórowany cel. a potem zobaczymy, co dalej.

wypadałoby coś też powiedzieć o zdrowym jedzeniu, ale umówmy się, jestem beznadziejna w zakupach. zawsze kupuję za dużo warzyw / owoców i potem muszę część wyrzucać, co naprawdę bardzo mnie boli, bo nienawidzę marnować jedzenia. na dodatek większość swojego dnia spędzam w pracy, gdzie fruit bowl zamienił się już dawno w fat bowl, do czego sama się często przyczyniam. co tu począć? spróbujmy przez pięć dni nie jeść słodyczy. ot, taki start. bez żadnej drakońskiej diety, bez zwariowanego harmonogramu treningów.

let’s do this!

Advertisements
0

nie ma tego złego

marzenia najwyraźniej się nie spełniają.

nie moge się uwolnić od tej myśli, bo byłam już tak blisko, tak ciężko na to pracowałam i *BAM* właściwie jeden email wszystko to spektakularnie spieprzył. wydaje mi się, że trochę się tego spodziewałam… macie tak czasem? takie przeczucie, które nie potraficie do końca wytłumaczyć, ale jednak tkwi gdzieś w środku i cichutko szepcze “to się nie uda”. i nie mówię tu o jakimś pesymizmie, czy fałszywej skromności, nie. po prostu takie uczucie, które sprawia, że nawet nie wyrabiasz paszportu, bo wiesz, że to nie ma sensu.

tak właśnie było. dlatego poziom smutku określiłam jako 6/10. nie przeszkadzało mi to oczywiście w popłakaniu się jak bobas, jak już dotarłam do domu, ale co tam.

ale wierzę też, że nie ma tego złego. myślę, że było mi pisane zrobić w tej chwili ze swoim życiem coś innego i może nie pojadę na wakacje życia, ale wiem, że nauczę się dużo więcej i to rzeczy, które są ważne dla mnie i dla mojej przyszłości.

o jak to podniośle brzmi…

no w każdym razie nie wszystko stracone, myślę, że jeszcze będzie co wspominać w tym roku! mój szanowny Brat, który zazwyczaj tylko się mądrzy, tym razem dał mi naprawdę cenną radę (aż się zdziwiłam, że to co mówi, ma w końcu jakikolwiek sens). jestem na takim etapie, że chciałabym się uczyć, uczyć jak najwięcej i, szczerze mówiąc, wolę uczyć się od ludzi mądrzejszych ode mnie, a nie na własnych błędach… na tyle, na ile to możliwe.

0

krótka rozprawa o spełnianiu marzeń

mój szanowny Brat powiedział mi niedawno, że nigdy nie spodziewał się, że tak się zmienię z charakteru. ale jak to? przecież ludzie się nie zmieniają!

nie chciałam tego przyjąć do wiadomości, dopóki nie zastanowiłam się nad sensem jego słów. zawsze byłam cichutka, robiłam to co trzeba i słuchałam rodziców. no dobrze, nie zawsze… ale wiecie, o co chodzi. spokojnie sobie żyłam w swoim spokojnym świecie, raczej rzadko pozwalałam komukolwiek do niego wejść, bo jeszcze zaburzyłby równowagę. nie do końca mi to odpowiadało, ale co zrobisz, jeśli zmian boisz się jeszcze bardziej niż rutyny? no właśnie.

pewnego październikowego dnia postanowiłam coś zmienić, bo nie mogłam już znieść tego marazmu w jaki wpadłam mając lat zaledwie 20 i od tamtej pory ciągle idę do przodu, choć też nieustannie o tym zapominam. ruszyłam z miejsca, może nie z kopyta, ale zdziwiłam się, jak daleko zaniosły nie te moje małe stópki tymi malutkimi kroczkami.

okazało się, że spełnianie marzeń ani nie jest takie trudne, ani takie kosztowne. no dobrze, może gdybym chciała posiadać Ferrari, to jednak okazałoby się to całkiem sporym wydatkiem, ale powiedzmy sobie szczerze – czyim celem w życiu jest posiadanie Ferrari? (jeśli w tej chwili patrzysz na moje słowa z myślą “a czyim nie jest?”, to raczej się nie dogadamy…) pewnie że lepiej jest mieć niż nie mieć, ale żeby ustawić sobie na piedestale willę z basenem i samochód, którym pewnie po tygodniu wjechałabym do rowu? nope.

zdałam sobie sprawę, że niektóre rzeczy są naprawdę w zasięgu ręki, a jedyną przeszkodę stanowimy my sami – nasze lenistwo, nasze narzekanie, nasze wyobrażenie o tym, co jest, a co nie jest trudne. przy czym jeśli nie możesz czegoś osiągnąć w łatwy sposób, to nie ma co załamywać rąk. należy stanąć spokojnie w miejscu i rozejrzeć się dookoła. czasem do celu prowadzi więcej niż jedna droga. wybrać najłatwiejszą byłoby najfajniej, bo po co ma się człowiek męczyć? ale jeśli rezygnujesz z czegoś, tylko dlatego, że niełatwo jest to zdobyć, to czy naprawdę Ci na tym zależy? jeśli nie, to dlaczego żałujesz?

aktualnie jestem na etapie spełniania jednego ze swoich największych marzeń. inaczej, jestem na drodze do jego spełnienia. miałam wcześniej inne okazje, jednak wszystkie rozpłynęły się równie szybko, co się pojawiły. teraz już naprawdę jestem blisko mety i czuję smak wygranej. najgorsze jest jednak to, że w dużej mierze sukces zależy od ślepego losu.

niestety, czasem pozostaje nam tylko zrobić pierwszy krok i czekać, co będzie dalej.

0

rady ozłocą się z czasem

zauważyłam ostatnio, że dramaty pierwszego świata, które wcześniej spędzały mi sen z powiek, przestały mnie zupełnie interesować. przestało mnie boleć, że ktoś się obraża, że się nie odzywa, że czegoś nie powiedział, a za to powiedział coś innego. czy to znaczy, że dorastam?

chciałabym wierzyć, że powoli uczę się, co w życiu ważne i na co zwracać uwagę. kiedy coś naprawdę powinno nas zaboleć, a kiedy należy odpuścić, bo nie ma sensu psuć sobie krwi i marnować dni na przemyślenia, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą. ciągle jeszcze łapię się na tym, że podnosi mi się ciśnienie z powodu błahostek, ale kiedy zadaję sobie samej pytanie, czy to naprawdę jest warte stresu i unoszenia się, okazuje się, że odpowiedź jest prosta i klarowna: otóż nie.

jestem tylko człowiekiem i gdybym potrafiła całkiem wyłączyć impulsywne zachowania, to chyba zaczełabym się martwić, że staję się powoli socjopatką, a tego nikt z nas by nie chciał (ze mną na czele). dlatego czasem muszę krzyknąć i ponarzekać na wszechświat, ale widzę, że rzeczy, które kiedyś potrafiły wracać do mnie tygodniami, teraz zajmują mi głowę przez jakieś pięć minut. nauczyłam się też bardziej otwarcie mówić o ludziach, którzy są dla mnie ważni. potrafię na głos przyznać, że kocham i że tęsknię, choć może niekoniecznie wprost w stosunku do zainteresowanych (nie ma tak hop-siup).

dziewięć miesięcy temu dałam się wciągnąć w emocjonalny roller-coaster, który sprawiał mi równie dużo radości co przykrości. ktoś kiedyś poradził mi, że jeśli nie wiem, czego chcę, to mam robić to, co robię, dopóki sama jakoś tego nie odkryję. może brzmi to głupio, ale jest to wspaniała rada i widzę to dopiero z perspektywy czasu. niestety, nie zawsze wiesz, czego chcesz, i czasem ta niewiedza jest największym ciężarem, z jakim człowiek się zmaga. ale w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że odpowiedzią na Twoje pytanie nie musi być “tego chcę”. jest nią również “tego nie chcę“.

i wtedy wiesz, że czas coś zakończyć.

0

zmiany

muzyka Abe Mao kojarzy mi się z wiosną. ale taką już zaawansowaną wiosną, pełną słońca i radości, i oczekiwania na lato, na wakacyjną podróż. na szczęście.

no właśnie, dlaczego ciągle to oczekiwanie? na lepszy moment, na lepszy dzień, aż skończę semestr, szkołę, aż znajdę pracę, aż schudnę, aż coś się zmieni. nic się nie zmieni, dopóki ja tego nie zmienię. bardzo łatwo jest popaść w stagnację, z której niesamowicie ciężko się wyrwać, ponieważ czekając, aż ktoś nas uratuje, nie dostrzegamy, że to my musimy uratować samych siebie. stagnacja ta zabija ciekawość świata, zabija radość życia. niektórzy z nas mają tendencję do wpadania w nią w momencie, gdy tylko ich życie zwalnia choć odrobinę, bo w głębi duszy wszyscy mamy apetyt na adrenalinę – to ona sprawia, że czujemy, że żyjemy.

niektórzy taki mają charakter – melancholijny, refleksyjny… można z tym walczyć, ale czy chcemy to zrobić, to już inna sprawa. wydaje mi się, że łatwiej żyć pełnym energii, zarażać szczęściem innych. znam bardzo niewiele takich osób, których towarzystwo wprawia mnie w autentyczną euforię, ale za to kocham spędzać z nimi czas – czuję się wtedy innym człowiekiem. i mam ochotę na zmiany.

zmiany przychodzą z czasem. wszyscy chcemy natychmiastowych efektów, chcemy wywrócić swoje życie do góry nogami za każdym razem, kiedy nam się coś w nim nie podoba, ale nie wszyscy potrafimy się na to zdobyć. pamiętam pewien wywiad z panią Pawlikowską, która tłumaczyła, że zaczynając od małych rzeczy, możemy się w pewnym momencie zdziwić, jak bardzo zmieniło się nasze życie, bo przecież nie wprowadziliśmy żadnych drastycznych zmian.

chciałabym, żeby pierwszą moją zmianą był ogarnięty pokój. lubię porządek, uważam, że pomaga się skupić i znacząco wpływa na nasze samopoczucie. bywają dni, że mam bardzo mało czasu. od początku roku dopiero teraz odpoczęłam i to tylko dlatego, że musiałam wziąć L4 – inaczej siedziałabym w pracy. kiedy wracam do domu o 1 w nocy, przez godzinę odpisuję na maile, naprawdę nie mam chęci, żeby zgarnąć te ciuchy z fotela i zanieść do prania (ba, czasem nie mam nawet siły wejść pod prysznic…). to taka mała rzecz, a sprawi, że rano pierwszą rzeczą, która ujrzę po przebudzeniu, nie będzie sterta ubrań.

trzeba przygotować umysł na wiosnę.

PS. miałam tu przygotowany tekst Abe – stąd poczatek postu właśnie wychodzący od jej muzyki, ale czuję, że nie do końca ma taki kształt, jaki chciałabym mu nadać. trzeba z tym jeszcze troszkę poczekać…

0

nowy rok

no dobrze, zajrzałam tu pierwszy raz od sześciu miesięcy i znalazłam niedokończony wpis z lipca zeszłego (sic!) roku. przeczytałam, podrapałam się po głowie i pomyślałam: “kurcze, no racja!”, więc kliknełam ‘dodaj’.

taki drobny komentarz, żeby nie zniknął w natłoku myśli, bo zdecydownie myślę szybciej niż jestem w stanie te myśli przetwarzać. prawda jest taka, że uczymy się wyłącznie na własnych błędach i każda pomyłka, każde potknięcie daje nam lekcję, którą zapamiętamy już na zawsze. nie dasz rady zaczerpnąć z doświadczenia mamy, taty, brata, babci, cioci, wujka czy siedmiu pokoleń wstecz. nie wyniesiesz też za wiele ze spokojnych okresów w swoim życiu. nie i już. cokolwiek by się nie wydarzyło, jest już za Tobą. i tylko od Ciebie zależy, czy tam zostanie, czy będziesz do tego wracał i się w tym babrał.

Jeśli żyjesz, ciągle czegoś żałując,
Nigdy nie pogodzisz się z przeszłością

0

in the morning

cześć. nazywam się Gosia i myślałam, że trzy miesiące ponad 2000 km od domu odmienią moje życie. w pewnym sensie tak się stało, ale zdałam też sobie sprawę, że nie da się uciec przed samym sobą. nie ważne jak szybko potrafisz biegać.

zostawiłam wszystko: rodzinę, do której tak naprawdę nie jestem ani trochę przywiązana, przyjaciół i znajomych, bez których myślałam, że sobie nie poradzę, pracę, która sprawiała mi tyle radości, ale której porzucenie było nieuniknione, moje stowarzyszenie, które nieustannie zaniedbuję na emigracji, a które jest dla mnie naprawdę ważne… zostawiłam też jedno złamane serce, kilka naiwnych ideałów i wiele niedokończonych / niezamkniętych spraw. w nadziei, że kiedy wrócę za trzy miesiące, okaże się, że wszystko rozpłynęło się w powietrzu.

może tak właśnie będzie, któż to wie, wracam dopiero za dwa miesiące. ale znalazłam sobie masę nowych-starych problemów. nowych, bo w nowym miejscu, starych, bo nic się nie zmienia.

myślę, że mam jakąś słabość, jakiś sekretny pociąg do beznadziejnych relacji. może nawet sama siebie sabotuję, bo zwyczajnie nie chcę być szczęśliwa? może podświadomie potrzebuję tych drobnych dramatów. D. zawsze się śmieje, że przecież ja nie mam serca. ja zawsze ze śmiechem przyznaję jej rację. chciałabym, żeby to była prawda, bo to co jest najprawdziwszą prawdą jest dużo bardziej przerażające. bo co jeśli to, co usłyszałam, będąc jeszcze w liceum, trafiło tak blisko celu, że postanowiłam to zwyczajnie zignorować? co jeśli naprawdę bawię się ludźmi?

dużo przegapiłam, bo byłam zbyt uparta, za bardzo się bałam, za długo czekałam i odpowiedni moment przeminął, a wraz z nim wiele szans. cały czas powtarzam, że gdybym tego nie chciała, to bym tego nie zrobiła, więc dlaczego żałuję czegoś, czego chciałam? prawda jest taka, że nie żałuję. wyrzuty sumienia pojawiają się, bo chciałabym więcej, a wiem, że nie mogę tego mieć…